Blog > Komentarze do wpisu
Z dziennika diabetyka: poniedziałek

Pogoda mnie zabiła...

O 7.00 otworzyłam oko i zmierzyłam cukier - 84 mg/dl, otworzyłam paszczę i wzięłam Euthyrox - nie pamiętam który.

O 9.00 wykopałam Radka do pracy otwierając drugie oko.

Potem byłam nieprzytomna.

Zdołałam się zwlec z łóżka o 11.15 - 94 mg/dl. Wziąłwszy pod uwagę fakt, że po tylu godzinach niejedzenia śniadanie będzie szokiem, podałam od razu 1j insuliny.

O 11.40 zjadłam śniadanie - 3,5 WW + 1,5 WBT. Na to 4,5 j insuliny, bo widocznie jeszcze spałam i policzyłam, że zjadam 4,5 WW. Zdałam sobie z tego sprawę po kilku godzinach...

O 13.40 było malownicze 274 mg/dl. Heh... korekty nie podałam, bo nie tędy droga, tylko poszłam na zakupy do oddalonego 500 m supermarketu. Po 70 minutach było 140 mg/dl. Potem kontynuowałam swoją twórczą pracę i nie chciało mi się myśleć o jedzeniu (dobry sposób :D).

Tak mi dobrze szło, że o 17.35 miałam bezobjawowe 57 mg/dl przed kolejnym posiłkiem (4,5 WW + 1 WBT - 4j insuliny). Zauważyć trzeba zjazd o 220 mg/dl bez korekty przy bazie 0,2 j/h. I co ja mam z tym zrobić? Wątpię bym miała bezobjawowe "hipo" po śniadaniu, pomimo teoretycznie zbyt dużej dawki insuliny. Myślę, że go tam nie było... Ja jeszcze przed jedzeniem czułam, że święci się wyrzut wątrobowego glikogenu. Bo to tak bywa u mnie... :/

Heh... Coś czuję, że nadrobię zaległości kaloryczne przez wieczór :/ Ale już nie będę o tym pisać, bo nie wypada :P

A deszcz dalej pada...

poniedziałek, 20 czerwca 2011, alicja_86


Polecane wpisy