wtorek, 26 lipca 2011
Stevia będzie dopuszczona do użytku w listopadzie 2011 roku

Z Komisji Europejskiej napłynęła długo oczekiwana informacja odnośnie dopuszczenia stewii. Najprawdopodobniej nastąpi to już w listopadzie 2011 r. i stewia (stewiozyd obecny w stewie) będzie powszechnie dostępna dla producentów żywności i napojów.

Wcześniej we wrześniu 2009 r. stewia została dopuszczona we Francji na okres 2 lat - kraje członkowskie UE mają prawo dopuścić dany składnik na okres 2 lat, a obecnie Komisja Europejska zezwoliła Francji na używanie stewii.

Dopuszczenie stewii w listopadzie 2011 r. może zrewolucjonizować żywność i napoje bezcukrowe. Stewia (a właściwie stewiozyd obecny w stewie) to słodzik naturalny około 200 razy słodszy od cukru. W Unii Europejskiej będzie dopuszczony stewiozyd (Reb A) o czystości na poziomie 97 proc.



Źródło: Portal Spożywczy 

 stevia

Hmm... Czy to oznacza, że nielegalną porcję sproszkowanych liści, które mam od kilku lat w kuchni będę mogła użyć legalnie? ;) Przyznam szczerze, że jeszcze nie odważyłam się tego zastosować. Jedyne co, to w ubiegłym roku zmieniłam postać z całych liści na proszek przy pomocy moździerza. Po ukończonej pracy byłam cała pokryta obrzydliwie słodkim pyłem :D

Stewiozydy zawarte w tych zielonych liściach są około 300 razy słodsze od cukru. Są odporne na temperaturę do 180° C, czyli nadają się do pieczenia. Jest to słodzik w pełni naturalny. Jak dotąd nie wykazano negatywnego wpływu Stevii na organizm człowieka. Co więcej, wykazano, że ma właściwości obniżające ciśnienie krwi, a także działa przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo.

niedziela, 24 lipca 2011
Z dziennika diabetyka: Czerwone Wierchy, Dolina Kościeliska

Wprawdzie to było wczoraj, ale byłam tak zmasakrowana, że nie miałam siły nawet laptopa włączyć.

Korzystając z przychylnych prognoz pogody i tego, że buty w końcu wyschły po tym jak dwa dni z rzędu spotkała nas ulewa, postanowiliśmy wybrać się trochę dalej i wyżej.

Pobudka o 6.00 - 108 mg/dl (dzień wcześniej ogromna kolacja z deserem okupiona 10 j insuliny - i nawet bez korekt się obeszło ;)).

7.00 - śniadanie - 5 WW i 1,8 j insuliny.

7.40 - wyjście - ze Skibówek szosą do wejścia na żółty szlak w Dolinie Małej Łąki prowadzący na Kopę Kondracką. Około 8.00 przypomniałam sobie o obniżeniu bazy do 50%.

9.00 - 125 mg/dl

Batonik musli gdzieś pomiędzy.

11.00 - 112 mg/dl na Kondrackiej Przełęczy - kanapki jakieś 5 - 6 WW i 1,8 j insuliny.

12.10. na Kopie Kondrackiej 97 mg/dl - batonik musli.

Małołączniak obył się bez jedzenia i mierzenia. Potem już "tylko" zejście niebieskim szlakiem z powrotem do Doliny Małej Łąki.

Czerwone WierchyWidok na Giewont z Małołączniaka

O 14.50, minąwszy trudne zejście, było 86 mg/dl - dwa łyki soku. Ale po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się na chwilę przy strumyczku i poszła kanapka 3,5 - 4 WW i 1j insuliny.

16.30 - 135 mg/dl

17.25 na samym dole już 145 mg/dl - 0,4 j insuliny i powrót asfaltem do Skibówek.

Od rana pobolewało mnie prawe ścięgno Achillesa, w miarę upływu czasu coraz bardziej, ale to co się działo mniej więcej od połowy drogi w dół, to był koszmar. Momentami miałam ochotę po prostu się rozpłakać z bólu. A zejść trzeba było... I tym sposobem wejście trwało tyle samo, co zejście. Według czasów na mapie straciliśmy około godziny na moją nogę.

O 18.40 w domu (bo po drodze były jeszcze zakupy) było 98 mg/dl. Normalnie jestem dumna z mojego cukru i braku przy tym hipoglikemii :)

Potem była spora kolacja i cukier wyskoczył do 190 mg/dl. Potem zaczął spadać, a że ja byłam nieziemsko zmęczona i nie miałam siły obserwować jak się będzie zachowywał dalej, to (bojąc sie nocnej hipoglikemii po takim wysiłku) obniżyłam do rana bazę do 60%. To był jednak lekki błąd...


Dziś o 6.10 było 196 mg/dl - 1,5 j insuliny na korektę.

8.00 - 130 mg/dl

9.40 - 75 mg/dl - śniadanie - kanapki ok. 3 WW i 2,5 j insuliny.

Z racji pogody i mojej nogi wybraliśmy się ambitnie do Doliny Kościeliskiej na spacer do schroniska Ornak i z powrotem. W planach wcześniej była Jaskinia Mylna, ale niestety z niedziałającą nogą bym tam nie wlazła. Rano łyknęłam bez przekonania dwa ibupromy i, ku mojemu zdziwieniu, po półgodzinie męczarni zaczęło mi się iść coraz lepiej. Na tyle, że byłam skłonna jednak wdrapać się do jaskini. Ale nie wzięliśmy latarki :/ Może powtórzymy to jutro przed powrotem do Warszawy... No ale wróćmy do cukru i żarcia.

11.20 - 77 mg/dl (po ok. 15 minutach kulawego marszu) - kanapka 2,5 WW i 0.3 j insuliny.

13.20 - w schronisku - 86 mg/dl - rogalik z czekoladą 2,5 WW i 0,5 j insuliny.

15.30  - w domu - 137 mg/dl - 0,5 j korekty (na uwadze miałam WBT z rogalika).

 

środa, 20 lipca 2011
Z dziennika diabetyka: Sarnia Skała

Jak przewidywałam, tak było. O 2.30 obudziło mnie 37 mg/dl. Poszło jakieś 170 ml słodkiego soku i batonik musli (2 WW). Podałam na niego 0,7 j insuliny.

O 5.00 było 174 mg/dl - korekta 0,8 j.

O 7.30 - 88 mg/dl - tu kawa, szykowanie śniadania i prowiantu na drogę. Jako, że po południu miało lać, a od południa tylko padać, to zdecydowaliśmy się na krótką wycieczkę Doliną Strążyską przez Sarnią Skałę i powrót Doliną Białego.

O 8.40 - 66 mg/dl - kanapki z 3 kromek białego chleba (ok. 4,5 WW) - 1,8 j insuliny. I wyjście z domu.

Po dwóch godzinach, na Strążyskiej Polanie było 115 mg/dl - tu sobie przypomniałam, że nie obniżyłam bazy przed wyjściem z domu - zrobiłam 50% na 3 godziny. Przed podejściem na Czerwoną przełęcz wypiłam jogurt 1,8 WW.

Po zejściu z Sarniej Skały o 12.05 było 98 mg/dl. I zaczynał padać deszcz.

Po 20 minutach, przy wejściu w Dolinę Białego zjadłam batonika musli (ok. 2 WW). Całe szczęście, że zjadłam go właśnie wtedy, bo później byłby problem, gdyż deszcz przestał padać, nawet lać przestał... to było jakieś "oberwanie chmury", a szlak zamienił się w strumień. No ale dopłynęliśmy jakoś (ja z wodą chlupiącą w butach) do Zakopanego (po równo 3 godzinach od wejścia na szlak).

O 14.20 w knajpce na Krupówkach było 86 mg/dl. Zeżarłam 8 pierogów z grzybami w sosie czosnkowym (na oko licząc 8 - 10 WW) podając na nie 4,6 j.

Potem spacerek do domu i po dwóch odzinach od obiadu było 120 mg/dl. Normalnie muszę tu zamieszkać, to będę zupełnie zdrowa ;)

A tak na serio, to wysiłek czyni cuda. No... wysiłek i klimat ;)

w Buńdówkach

Zobaczymy jak będzie dalej...

wtorek, 19 lipca 2011
Z dziennika diabetyka: Dolina Pięciu Stawów Polskich

Ranek zaczął się wyżyną, bo o 7.30 było 160 mg/dl, ale to z powodu wieczornego niskiego cukru i kanapek jedzonych po północy. Podałam korektę 1 j i przystąpiłam do przygotowywania prowiantu na wycieczkę. Po godzinie było 110 mg/dl.

Potem już w drodze wypiłam jogurt 1,8 WW bez podawania insuliny. Bazę w pompie ustawiłam wcześniej na 50%.

O 10.40 przy wejściu na szlak prowadzący do Morskiego Oka było 103 mg/dl - kanapka ok. 2,5 WW.

O 12.00 było 128 mg/dl - kolejna kanapka i tym razem 1 j insuliny.

Przy schronisku w Dolinie... o 13.30 - 148 mg/dl - kolejna kanapka i 1 j insuliny.

O 15.45 na dole przy zejściu z powrotem na asfalt prowadzący do Morskiego Oka było 140 mg/dl.

A o 17.20 w domu zawitało 56 mg/dl. Tu było trochę soczku. Potem 200 g tłustego serka waniliowego i 3 kanapki z pieczywa chrupkiego (razem niecałe 4,5 WW). Na chybił trafił dałam 2,5 j insuliny. Po 1,5 h było 211 mg/dl. Ja czułam się jakbym miała 11. Straszne... Za mało jadłam na szlaku... Podałam 0,5 j korekty.

Jak będzie dalej, się okaże... Ale spodziewam się kolejnych hipo...

Zielony szlak


Po korekcie było 250 mg/dl i fatalne samopoczucie (zimno i dreszcze), więc poszła kolejna korekta - 1,2 j, a potem spontaniczny spacer do sklepu (nieprzewidywalnie daleko :/) i kolejne 56 mg/dl o 22.00. Dwa łyki soku i rogalik 7 days... Albo dwa, jeszcze się zastanawiam ;)

Nie wiem tylko czy i ile podać insuliny... :/


Zjadłam dwa, podałam 3,8 j (na 5 tłustych WW). Po godzinie było 112 mg/dl. Myślałam, że rogaliki dadzą radę i poszłam spać...

niedziela, 17 lipca 2011
Pizza dla cukrzyka

Pomimo, że przygotowywana w domu, to jak każda pizza, liczona "na oko".

Składała się z gotowego ciasta drożdżowego (brońcie bogowie mrożonego) na pizzę (Henglein). Mieliśmy robić ciasto sami, ale stwierdziłam, że zbyt wiele niewiadomych będzie z piekarnikiem bez regulacji temperatury. Do tego było kolejno: sos pomidorowy (koncentrat wymieszany z ziołami, czosnkiem, pieprzem), pieczarki z uduszone wcześniej z cebulą na łyżce oleju, kukurydza z puszki, czerwona papryka pokrojona w paski, na Radkowej części salami z papryką, na mojej szynka konserwowa (jakoś tak wyszło, że innej nie mieliśmy, a salami, dodatkowo w połączeniu z serem, to dla mnie bomba kaloryczna o dużym zasięgu rażenia), ser mozarella.

Wyszło całkiem nieźle ;)

Zjadłam jakieś niecałe 1/4 całości, czyli około 5 WW (całe ciasto miało 400 g i jakieś 4,5 WW na 100 g).

Podałam na to: na pierwszy kawałek 3 j insuliny w bolusie normalnym, na drugi też 3, ale z tego 1 j rozłożona na 2,5 h. Po godzinie jednak zatrzymałam bolus przedłużony, bo czułam, że mam niski cukier. W sumie więc wyszło 5,4 j na dwa spore kawałki pizzy. Po dwóch godzinach było 113 mg/dl. Całkiem przyzwoicie ;) Jak będzie później, może jeszcze napiszę, ale będą to pomiary wypaczone przez puszkę Carlsberga...

 

A od jutra "urlop" w Tatrach :) więc moja cukrzyca będzie miała wyzwanie. Precz hipoglikemio!


piątek, 15 lipca 2011
Kuchnia diabetyka cz. kolejna (wymienniki białkowo-tłuszczowe)

Wymienniki białkowo-tłuszczowe (WBT) wymyślono i zaczęto stosować od czasu, kiedy zostało dowiedzione, że białko i tłuszcz wpływa na glikemię u osób leczonych pompami insulinowymi. A właściwie wpływa na glikemię u wszystkich osób z cukrzycą, ale tylko u tych na pompach można łatwo poradzić sobie z tym problemem. Dlatego cukrzykom używającym penów asekuracyjnie zaleca się, aby nie spożywali potraw obfitujących w tłuszcz.

Aby posługiwać się WBT musimy wiedzieć najpierw co to właściwie jest, więc:

Jeden wymiennik białkowo-tłuszczowy (WBT) jest to taka porcja produktu (w gramach lub miarach domowych), która zawiera 100 kcal pochodzących z białka i tłuszczu.

I już widzimy, że będzie z tym więcej zabawy niż z WW. Przybory potrzebne nam będą takie same: waga kuchenna (lub opisane opakowanie produktu), kalkulator, tabele wartości odżywczej produktów i potraw, kartka i długopis oraz trochę wyobraźni matematycznej. Z gotowymi tabelami WBT jest trochę ciężko, gdyż nie są tak powszechne jak tabele WW, ale istnieją. Będą też istnieć na moim blogu w bocznej zakładce, jeśli się w końcu za to wezmę ;)

W przypadku WW liczyliśmy tylko ilość węglowodanów. A tutaj musimy sobie tą ilość (białka i tłuszczu oddzielnie) jeszcze przemnożyć przez kaloryczność (1 g białka to 4 kcal, 1 g tłuszczu to 9 kcal) i potem zsumować. Weźmy jakiś przykład, powiedzmy jogurt naturalny. W 100 g ma on: 60 kcal, 4,3 g białka, 2 g tłuszczu i 6,2 g węglowodanów. Czyli liczymy:

4,3 g białka * 4 kcal = 17,2 kcal

2 g tłuszczu * 9 kcal = 18 kcal

17,2 + 18 = 35,2 kcal

Skoro 1 WBT to 100 kcal, to 35 kcal będzie stanowiło 0,35 WBT. To wszystko na 100 g jogurtu. A ten, który zamierzamy skonsumować ma 350 g w opakowaniu. Chcemy zjeść cały, więc liczymy:

100 g - 0,35 WBT

350 g - x

x = 350 g * 0,35 WBT/100 g = 1,225 WBT

Wyszło nam, że opakowanie jogurtu zawiera 1,2 WBT.

Można to też policzyć od odwrotnej strony. Skoro w 100 g jest 60 kcal i 6,2 g węglowodanów, to możemy kaloryczność węglowodanów (1 g to 4 kcal) odjąć od kaloryczności jogurtu i zostanie nam kaloryczność samego białka i tłuszczu. Więc:

6,2 * 4 kcal = 24,8 kcal

60 kcal - 24,8 kcal = 35,2 kcal

Trochę krócej, więc łatwiej.

Z reguły, jeśli to co zamierzamy zjeść zawiera mniej niż 1 WBT, to pomijamy ten fakt i nie podajemy insuliny na białko i tłuszcz. U mnie natomiast podwanie insuliny na WBT wchodzi w grę dopiero, kiedy jem powyżej 2 WBT na raz. A to się rzadko zdarza, więc rzadko liczę WBT w swoich posiłkach. Zazwyczaj diabetolodzy mówią, że dawka insuliny w przeliczeniu na 1 WBT jest taka sama jak na 1 WW. Ja jestem zdania, że powinna być mniejsza. U siebie przyjmuję, że na WBT potrzebuję połowę tego, co na węglowodany. Zazwyczaj się sprawdza.

No ale rzecz najważniejsza: dawkę insuliny przeznaczoną na białko i tłuszcz rozkładamy w czasie. Teoria mówi, że czas ten wynosi: ilość WBT + 2 godziny. Czyli jedząc 1 WBT podajemy bolus rozłożony na 3 godziny, 2 WBT - 4 godziny, 3 WBT - 5 godzin itd. Ja nigdy nie podaję bolusa złożonego na dłużej niż 3 godziny. Po pierwsze: taka moja uroda ;), po drugie: bolusy z kolejnych posiłków nie mogą się na siebie nakładać, więc chcąc po 3 godzinach coś zjeść i tak musimy przerwać podawanie bolusa rozłożonego w czasie.

Metodą prób i błędów każdy musi wypracować sobie własny schemat postępowania.

wtorek, 12 lipca 2011
Kuchnia diabetyka cz. II (wymienniki węglowodanowe)

Było o tym co jem, a teraz opiszę krótko jak jem. A raczej jak cukrzyk powinien potraktować jedzenie przed spożyciem, aby osiągnąć zamierzone cele. Albo efekty do nich zbliżone, bo wiadomo, że cukrzyca to taka ch... choroba, że w 100% wszystkiego przewidzieć się nie da.

Mam tu na myśli oczywiście szacowanie zawartości węglowodanów w posiłkach/produktach spożywczych, czyli obliczanie wymienników węglowodanowych (WW). O wymiennikach białkowo-tłuszczowych (WBT) napiszę następnym razem.

Narzędzia, jakie będą nam potrzebne do tego to:

- tabele WW (część dostępna już w bocznej zakładce mojego bloga) bądź tabele wartości odżywczych produktów i potraw

- waga kuchenna z dokładnością do minimum 2 g

- kalkulator

- kartka i długopis (jeśli potrawa jest wieloskładnikowa)

- umiejętności matematyczne na poziomie szkoły podstawowej

 

Wymienniki węglowodanowe (WW)

Wymyślono je po to, aby ułatwić nam życie. Aby ułatwić komponowanie zróżnicowanych posiłków, ale o określonej zawartości węglowodanów. Jest to niezbędne przy insulinoterapii, zwłaszcza intensywnej, do tego by dopasować odpowiednią dawkę insuliny do posiłku. Dawkowanie "na oko" czasem się udaje. Niektórym osobom przez całe życie ;), ale nie pochwalam tej metody. Można ją stosować, owszem, ale po tym, jak już to oko sobie dokładnie wyrobimy za pomocą wagi i kalkulatora i jak nauczymy się tabel WW na pamięć. Ale do rzeczy:

Jeden wymiennik węglowodanowy jest to taka porcja produktu (w gramach lub miarach domowych), która zawiera 10 g węglowodanów przyswajalnych.

Węglowodany przyswajalne to węglowodany ogółem minus błonnik pokarmowy. Trzeba na to zwracać uwagę, bo różnie podają zarówno producenci na opakowaniach jak i autorzy tabel wartości odżywczych. Jeśli korzystamy z polskich tabel Wydawnictwa PZWL, to musimy sobie sami ten błonnik odjąć od węglowodanów ogółem i dopiero potem obliczać ilość WW w potrawie.

Ilość wymienników węglowodanowych w danym produkcie obliczamy dzieląc zawartość węglowodanów przez liczbę 10. Np. jeżeli 100 g makaronu ma 73 g węglowodanów przyswajalnych, to dzieląc tę liczbę przez nasze 10 otrzymamy 7,3 WW.

W tabelach wymienników węglowodanowych mamy podane porcje produktów z poszczególnych grup, które odpowiadają 1 WW. Przykładowo, 1 WW to: 60 g ziemniaków, 20 g bułki, 200 g mleka, 15 g suchego ryżu, 100 g obranego jabłka.

Z kolei w tabelach wartości odżywczych mamy podaną zawartość węglowodanów w 100 g produktu. Jeśli więc np. chleb X zawiera 50 g węglowodanów przyswajalnych w 100 g, to łatwo możemy z proporcji przeliczyć, że 10 g węglowodanów będzie zawierało 20 g chleba:

100 g chleba - 50 g W

x g chleba - 10 g W

x = 100 g*10 g/50 g = 20 g W

Podobnie postępujemy z informacją żywieniową podaną na opakowaniu produktu. Jeśli jakiś np. jogurt Y ma 15 g węglowodanów w 100 g czyli 1,5 WW (15 g/10), a w opakowaniu mamy 150 g jogurtu, to łatwo policzymy z proporcji, że w całym opakowaniu będzie 22,5 g węglowodanów czyli 2,2 WW:

100 g jogurtu - 1,5 WW

150 g jogurtu - x WW

x = 150 g*1,5 WW/100 g = 2,25 WW

Po co nam to wszystko?

Po to, żeby móc spożywać określone posiłki o stałej zawartości węglowodanów, gdyż bierzemy stałe dawki insulin (konwencjonalna insulinoterapia), lub po to, by móc dopasować odpowiednią dawkę insuliny do posiłku, jaki właśnie zamierzamy zjeść (intensywna insulinoterapia). Osobom z cukrzycą, które nie biorą insuliny też się ta umiejętność przyda, ponieważ pożądane jest, aby zjadały codziennie posiłki zbliżone pod względem wartości odżywczych.

No dobrze, ale ile tych WW mamy zjeść w ciągu dnia, a ile na poszczególne posiłki?

O to pytajcie swojego dietetyka ;)

 

poniedziałek, 11 lipca 2011
Z dziennika diabetyka: "szpital bródnowski"

Pielęgniarka do lekarza: "Doktorze, przepraszam, Pani Hojda 250. 12 Actrapid, tak? Doktror (...) zapisała".

Gdyby mnie przy tym nie było, to przyszłaby pielęgniara z insulinówką i chciała walnąć 12 j insuliny.

A gdybym była np. nieprzytomna, to przyszłaby pielęgniara z insulinówką i walnęła 12 j insuliny.

A to by mnie przecież zabiło.

Dlaczego Ci ludzie nie mają pojęcia o cukrzycy? Nie moja wina, że się stresuję i mi cukier rośnie i nie moja wina, że wkłucie, które założyłam dziś rano chyba nie działa... A 12 j to ja przez cały dzień wezmę...

O diecie z resztą też nie mają pojęcia.

W ramach "diety płynnej" dostałam na obiad zupę z dużą ilością majeranku i dużą ilością marchewki w dużych kawałkach. Nie po to się przez ostatnie dwa dni katowałam kleikiem, kisielem i kaszką manną, żeby mi jutro podczas kolonoskopii majeranek z marchewką pomachały do kamery.

środa, 06 lipca 2011
Prosta zupa kalafiorowa

Mam czasem tak, że bardziej skupiam się na składnikach, a nie na smaku potrawy. Dziś był taki dzień, w którym obraziłam się na cały świat i postanowiłam cały dzień spędzić w łóżku. W praktyce wyszło tak, że po prostu siedziałam w piżamie. Jako, że byłam "chora" to na popołudniowe śniadanie wyszła mi i "szpitalna" zupa. W smaku, bo nie w proporcjach składników ;) Zupa szpitalna ma zazwyczaj 99,9% wody. Moja miała trochę mniej:

zupa kalafiorowa

Składniki:

0,5 litra wody, włoszczyzna (u mnie suszona), 1/3 kalafiora, 2 łyżki kaszy jaglanej (lub każdej innej), 1 niepełna łyżka oleju rzepakowego, sól, pieprz.

Innych składników po prostu nie miałam. A przydałaby się chociaż natka pietruszki albo koperek.

Wykonanie:

gotujemy wszytstko razem w czasie dokładnie nieokreślonym; olej dodajemy po ugotowaniu.

 

Zdrowe i sycące, rozgrzewające w ten deszczowy dzień.

Nie życzę smacznego :P

Kuchnia diabetyka cz. I

Miałam tu zaprezentować fragment mojej magicznej pracy magisterskiej, ale jak go przeczytałam, to stwierdziłam, że takich dyrdymałów to nikt nie zechce czytać, zwłaszcza ktoś z cukrzycą. Skupię się więc na zobrazowaniu niektórych naukowych zaleceń zasadami rządzącymi na co dzień (bo od święta są wyjątki ;)) moją kuchnią.

Walczymy z tłuszczem, zwłaszcza zwierzęcym!

  • Nie jem panierowanych smażonych rzeczy. Jak muszę, to staram się zdjąć panierkę. Jeśli już coś smażę, to na patelni teflonowej bez tłuszczu lub na odrobinie oleju rzepakowego. 
  • Nie używam masła, smalcu, śmietany ani słoniny ;)
  • Mleko i jogurty kupuję max. 2% tłuszczu. Czasem skuszę się na bardziej tłusty serek homogenizowany.
  • Pieczywo smaruję margaryną o obniżonej zawartości tłuszczu lub niezbyt tłustym serkiem twarogowym do smarowania.
  • Z mięsa wybieram jedynie chudy schab (polędwicę), kurczaka i indyka. Usuwam widoczny tłuszcz. Z drobiu usuwam skórę. 
  • Nie jem kiełbas i innych tłustych wędlin.
  • Sery żółte jadam, ale oszczędnie, jak mam możliwość, to kupuję te o obniżonej zawartości tłuszczu. Sery twarogowe jadam tylko chude lub półtłuste. Ser typu Feta wybieram zawsze o najmniejszej zawartości tłuszczu (etykietki czytać ;))
  • Do surówek dodaję olej, ale maksymalnie łyżkę na porcję.
  • Nie objadam się orzeszkami i pestkami (dyni, słonecznika), dodaję po łyżce np. do jogurtu.

Stawiamy na pełne ziarna!

  • Wybieram chleb, który ma w składzie przewagę mąki pełnoziarnistej, nie zawiera cukru, słodu i nie jest barwiony karmelem. Czasem się skuszę na bułki grahamki, ale takie, gdzie widać dużą domieszkę otrąb.
  • Kupuję pełnoziarniste makarony i brązowy ryż. 
  • Do jogurtu często dodaję otręby pszenne, żytnie bądź owsiane (te trzeba wliczyć do puli węglowodanów).

Jemy dużo warzyw!

  • Dla mnie posiłek bez warzyw to zły posiłek.
  • Nie zjem kanakpki, na której nie ma chociażby ogórka. A najlepiej jak są na niej trzy piętra warzyw ;)
  • Gotowana marchewka i buraczki podnoszą cukier dużo bardziej niż inne gotowane warzywa.
  • Gotuję na parze, wtedy warzywa mają o wiele lepszy smak i nie trzeba ich solić.
  • Ziemniaki to nie warzywo ;)
  • Ketchup też nie ;)

Owoce tak, ale z umiarem!

  • Właściwie to jem je bardzo rzadko, bo nie służą moim jelitom, wolę warzywa.
  • W mądrych książkach piszą, że można zjeść dwie porcje (po 100 g) w ciągu dnia.
  • Jeśli jem owoce, to wybieram te mniej dojrzałe, unikam winogron, a banany czasem jem jak mam hipoglikemię ;) Najczęściej wybieram jabłka.

Unikamy niepotrzebnego cukru!

  • Nie piję soków ani słodzonych cukrem napojów.
  • Nie słodzę kawy ani herbaty (czasem używam słodzika, ale bez problemu obchodzę się bez niego).
  • Nie kupuję gotowych surówek, które często są solidnie dosładzane.
  • Owocowe jogurty i serki homogenizowane zaliczam do grupy słodyczy (nie znaczy to, że ich czasem nie jem, ale mam świadomość, że to nic wartościowego).
  • Ze słodyczy wybieram takie, które oprócz cukru mają odrobinę cennych składników: gorzką czekoladę, batoniki musli, sezamki, ciasteczka owsiane. I traktuję je jako awaryjny posiłek "na mieście", bo wolę zjeść coś, co ma wiadomą wartość odżywczą wypisaną na opakowaniu niż kupować jakieś gotowe dania czy fast-foody.

Unikamy węglowodanowych bomb atomowych!

  • Nie jem ciast, drożdżówek i tego typu wyrobów cukierniczych.
  • Nie jem kluch, pierogów, kopytek, pyz i innych potraw mącznych.
  • Naleśniki, zwłaszcza na słodko, to zło...
  • Unikam też dań typowo "makaronowych" (np. spagetti). Makaron traktuję jako niewielki dodatek do potraw.

Co jeszcze, co jeszcze...? Chyba wszystko :) Jak mi się coś ważnego przypomni, to dopiszę.

 

 
1 , 2